Grzegorz Strzelczyk, ks.



bieżące informacje

A A A

Siedem ostatnich słów Jezusa. Medytacja

Lugano, 1996
1. Przebacz im, bo nie wiedzą co czynią (Łk 23,34)

Gdy przyszli na miejsce zwane "Czaszką", ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie.

Zaczęło się. Albo może: skończyło. Ostatnie chwile. Ostatnie słowa. Uczniowie uciekli. Tłumy, które jeszcze wczoraj wołały "Hosanna", dziś przypatrują się obojętne, wyraźnie zadowolone z darmowego widowiska. A myśmy się spodziewali... Zło rozrosło się do ostatecznych granic: sięgnęło po życie samego Boga. Wszelka nieprawość świata, wszelka nieprawość człowieka, wszeka moja nieprawość skupia się w tym jednym momencie, koncentruje i uderza w jeden punkt: w Jezusa. Grzech, także mój, a może nawet przede wszystkim mój, dziurawi Jego ciało, rozdziera, miażdży... Szatan po kuszeniu na pustyni odstąpił od Niego "aż do czasu": aż do tego czasu, aż do tej chwili, w której zwala na Niego "winy nas wszystkich", skutki całego zła, jakie zostało popełnione od założenia świata. Ręce rzymskich żołnierzy stają się w tym momencie rękami każdego z ludzi, rękami każdego z nas tak, że nikt nie może się wymówić od odpowiedzialności za tę zbrodnię. A Zły, ten, który "dniem i nocą oskarża" nas przed Bogiem, domaga się ostatecznego potępienia. Człowiek, który tym razem podniósł rękę na samego Boga nie powinien dłużej istnieć na ziemi. Szatan wydaje się tryumfować: "Przecież mówiłem Ci, Boże, że stworzenie tej nędznej ludzkiej kreatury było nawiększym Twoim błędem. Zobacz: teraz mordują Twojego Syna. Czy będziesz na to patrzył bezczynnie? Czy pozostawisz bez kary taką zbrodnię? Czyżbyś był aż tak niesprawiedliwy, żeby przelewać krew własnego Syna?"

Lecz Jezus mówił: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią". To krótkie zdanie rozbija w proch jakże przemyślne oskarżenie. Tym zdaniem Jezus unieważnia obraz człowieka skonstruowany przez Szatana. "Przebacz im. To prawda, że są odpowiedzialni za moje cierpienie. To prawda, że ich grzech rozrywa moje ciało i niesie śmierć. To wszystko prawda. Ale przebacz im. Bo tak naprawdę, to oni nie wiedzą, jak bardzo może boleć grzech. Nie znają prawdziwej miary zła, jakiego są przyczyną. A i teraz - nie wiedzą co czynią, myśląc, że wymierzają sprawiedliwość. Pogubili się wśród zła, które sami wnieśli w świat. Tyle lat dzieliłem z nimi zwyczajną, ludzką codzienność i wiem, że oni są o wiele bardziej ode Mnie ofiarami swoich grzechów. Przebacz im więc, bo nie wiedzą, co czynią."

2. Zaprawdę powiadam ci, dziś ze mną będziesz w raju (Łk 23,34)

Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas. Jakżesz bardzo te słowa ukrzyżowanego z Jezusem złoczyńcy przypominają tamto pierwsze kuszenie na pustyni: "Jeśli jesteś Synem Bożym powiedz..." Szatan po porażce swego wielkiego oskarżenia zmienia taktykę: "Dlaczego właściwie nie miałbyś skorzystać ze swojej Boskiej potęgi? Przecież w każdej chwili możesz położyć kres temu strasznemu wydarzeniu - dlaczego tego nie uczynisz? Gdybyś teraz zszedł z krzyża wszyscy, nawet Twoi oprawcy uwierzyliby w Ciebie jako prawdziwego Zbawiciela świata!"

Szatanowi chodzi o to, by Jezus wyrzekł się swojej słabości, swojego cierpienia, ostatecznie - swojego człowieczeństwa. By uchylił się przed ostateczną solidarnością z człowiekiem, by przestał być do nas "podobny we wszystkim za wyjątkiem grzechu". Zły chce rozerwać związek, który poprzez Boskość i człowieczeństwo Jezusa na nowo łączy nas z Bogiem. Chce odebrać nam możliwość stania się dziećmi Boga, zamknąć nam ostatecznie drogę do Królestwa Boga, raju, z którego już raz udało mu się nas usunąć.

Jezus milczy.

I wtedy: My przecież - sprawiedliwie odbieramy słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił. Jezu, wspomniej na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa. Głos drugiego złoczyńcy jest niczym głos całej ludzkości - przygniecionej własną nieprawością i wołającej o wybawienie. Jest też moim głosem, głosem człowieka niesprawiedliwego, po trochu tchórza, po trochu oszusta, czasem kłamcy, którego jedyną nadzieją jest wołanie: "Jezu, widzisz, jaki jestem. Widzisz, ile zła stało się za moją przyczyną. To prawda: zasługuję na śmierć. Ale wiem, że Ty widzisz też to, do czego często nawet nie mam odwagi się przyznać: że tęsknię za prawością, miłością, pokojem. Cóż, kiedy jestem zbyt słaby, by stawić czoło nawet temu złu, które mieszka w moim własnym sercu, a cóż dopiero złu całego świata. Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa...".

Zaprawdę, powiadam ci: dziś ze mną będziesz w raju - prostota i bezpośredniość tej odpowiedzi zaskakują do dziś. Zaskakują, bo tak naprawdę nie jesteśmy przyzwyczajeni do bezwarunkowego przebaczenia. Pozostaje ono dla nas czymś wyjątkowym, niespodziewanym, wprawiającym w zakłopotanie. Ciągle okazuje się, że Jezusowa logika jest o wiele prostsza od naszej: "Znam twoją słabość. Wiem, że nie potrafisz przezwyciężyć zła. Dlatego przyszedłem, dlatego umieram na krzyżu. Daję ci wszystko to, czego nie potrafisz osiągnąć własnymi siłami. Przyjmij więc - zwyczajnie i po prostu."

Właściwie nic się nie stało. Nie było manifestacji Bożej potęgi. Ani człowiek nie został obdarzony mocą osiągnięcia raju. Jakby tylko droga została wytyczona: "ze Mną będziesz..."

3. Niewiasto, oto syn twój. Oto Matka twoja (J 19,26n)

Kiedy Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował...

Coś więcej niż tylko współczucie łączyło Maryję i umiłowanego Ucznia z Jezusem. Współodczuwanie. Tam, gdzie istnieją prawdziwe więzy miłości, ludzie są w stanie prawdziwie uczestniczyć w przeżyciach innych. Współodczuwać. Przeżywać to samo aż po... wspólne ciepienie. Jezus dostrzega Maryję i Ucznia, bo są oni jakoś "wewnątrz" Jego męki, jakby wisieli na tym samym krzyżu, przybici tymi samymi gwoździami.

Kiedy Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: Niewiasto, oto syn Twój. Następnie rzekł do ucznia: Oto Matka twoja.

Można odczytać te słowa jako prosty gest troski Syna o Matkę, której starość zostaje powierzona pieczy przyjaciela. Lecz wyczuwa się w nich coś o wiele głębszego. Oto Uczeń ma stać się nowym synem Maryi. Nowym synem Maryi w miejsce Jezusa. Ale czyż jest możliwe, by ktokolwiek mógł zająć w Jej sercu miejsce Jednorodzonego? Czyż to jest możliwe?

Nawet te ostatnie słowa Jezusa pozostają trudne do zrozumienia, trudne do przyjęcia. Tak samo jak trudne i niezrozumiałe były Jego słowa wtedy, w Kafarnaum: "Któż jest moją matką i którzy są moi bracia? Ten, kto pełni wolę Ojca mojego ten mi jest bratem i siostrą i matką." A może inaczej: dopiero czytane razem pozwalają zrozumieć, co tak naprawdę wydarza się w tej chwili. Trzeba aby Uczeń stał się synem Maryi i trzeba, aby Maryja stała się prawdziwie Matką Ucznia: tylko tak może on stać się prawdziwie bratem Jezusa. Jakżeż znaczący jest tu brak imienia: Maryja staje się po prostu Matką "Ucznia" - jednego umiłowanego ucznia, w którym jakoś obecni są wszyscy inni: dziesiątki, setki tysięcy uczniów, którzy przeszli przez świat przez owe dwa tysiące lat, które upłynęły od tamtego momentu. Każdy z nich był tym jednym, szczególnym, umiłowanym, który godzien był stać się bratem Jezusa, zająć Jego miejsce. I każdy z nich stając się bratem Jezusa, stawał się jednocześnie synem Jezusowego Ojca, dzieckiem Boga. Otrzymywał dostęp do Źródła życia, miłości, radości i pokoju. A wszystko to, dokonuje się dzięki krzyżowi Jezusa i i staje się jawne dzięki tym słowom wypowiedzianym jako testament w czasie męki, na kilka chwil przed śmiercią: Oto syn Twój. Oto Matka twoja.

4. Boże mój, Boże mój, dlaczegoś mnie opuścił (Mk 15,34)

Nigdy nie dowiemy się, co działo się w sercu Jezusa, gdy wydał ten najbardziej przejmujący okrzyk: "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?" Możemy się tylko domyślać, jak bardzo głęboka była samotność krzyża. Możemy się domyślać - bo ciągle doświadczamy czegoś podobnego: że Bóg przestał się o nas troszczyć, że zapomniał, że odszedł... Nie jesteśmy w stanie uciec od tego jednego pytania: "dlaczego?". Dlaczego cierpię? Dlaczego jestem samotny? Dlaczego Oświęcim? Dlaczego komunizm? Dlaczego do tego dopuściłeś? Dlaczego nic nie robisz? Czemuś mnie opuścił?

To prawda: boimy się zadawać to pytanie. Boimy się, bo to tak, jakby robić Bogu wyrzuty. Boimy się i tłamsimy je w sobie, aż się rozrasta do rozmiarów, których już nie możemy znieść. Aż z tego, co było tylko pytaniem, wyrasta niewypowiedziane oskarżenie... A potem - już tylko rozpacz - bo On zwykle milczy.

I chyba dlatego trzeba było, żeby On wykrzyczał to pytanie. Wykrzyczał w moim imieniu, przełamując strach i stając przed Bogiem w przejmującej pradziwością ludzkiej bezradności... A wszystko to dlatego, że tylko na pytanie, które się zadaje można otrzymać odpowiedź... Okrzyk Jezusa był w istocie powtórzeniem pytania otwierającego psalm 22, psalm, który z wołania udręczonego, uciśnionego człowieka przechodzi w hymn chwały: Będę głosił imię Twoje swym braciom i chwalić Cię będę pośród zgromadzenia: Chwalcie Pana wy, co się Go boicie, sławcie Go, całe potomstwo Jakuba; bójcie się Go, całe potomstwo Izraela! Bo On nie wzgardził ani się nie brzydził nędzą biedaka, ani nie ukrył przed nim swojego oblicza i wysłuchał go, kiedy ten zawołał do Niego. Dzięki Tobie moja pieśń pochwalna płynie w wielkim zgromadzeniu. śluby me wypełnię wobec bojących się Jego. Ubodzy będą jedli i nasycą się, chwalić będą Pana ci, którzy Go szukają. Niech serca ich żyją na wieki. Przypomną sobie i wrócą do Pana wszystkie krańce ziemi; i oddadzą Mu pokłon wszystkie szczepy pogańskie, bo władza królewska należy do Pana i On panuje nad narodami. Tylko Jemu oddadzą pokłon wszyscy, co śpią w ziemi, przed Nim zegną się wszyscy, którzy w proch zstępują. A moja dusza będzie żyła dla Niego, potomstwo moje Jemu będzie służyć, opowie o Panu pokoleniu przyszłemu, a sprawiedliwość Jego ogłoszą ludowi, który się narodzi: Pan to uczynił.

Bóg udziela odpowiedzi. Najpierw jednak trzeba, by Syn Człowieczy zstąpił w proch śmierci: kiedy trzeciego dnia powstanie z martwych, udzieli odpowiedzi wszystkim zgnębionym, podniesie wszystkich upadłych...

5. Pragnę (J 19,28)

Aby się wypełniło Pismo, rzekł: Pragnę. Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust mu podano. Oprawcy wypełniają życzenie Jezusa tak, jak je rozumieją, lecz nie są w stanie odczytać tego, o co rzeczywiście Mu chodzi. Ewangelista podkreśla, iż wypowiada te słowa, "aby się wypełniło Pismo", aby to, co zostało zapowiedziane o Mesjaszu, osiągnęło swoją pełnię.

Zbliż się do mnie i wybaw mnie; uwolnij mnie przez wzgląd na moich wrogów! Ty znasz moją hańbę, mój wstyd i mą niesławę; wszyscy, co mnie dręczą, są przed Tobą. Hańba złamała moje serce i sił mi zabrakło, na współczującego czekałem, ale go nie było, i na pocieszających, lecz ich nie znalazłem. Dali mi jako pokarm truciznę, a gdy byłem spragniony, poili mnie octem.

Oto słowa Psalmu 69 wypełniające się w tej godzinie krzyża. Jezus - zhańbiony, udręczony i bezsilny, otoczony przez nieprzyjaciół "pragnie". Lecz czego dotyczy to pragnienie? Czyżby było tylko zwyczajnym pragnieniem wyschniętych ust, pragnieniem odrobiny wody, by ulżyć gorączce?

Hańba złamała moje serce i sił mi zabrakło, na współczującego czekałem, ale go nie było, i na pocieszających, lecz ich nie znalazłem.

Po rozdzierającym doświadczeniu nieobecności Boga, z którym Jezus starł się przed kilkoma chwilami, przychodzi inne: nieobecności człowieka. Jezus jest na krzyżu samotny - nawet obecność Matki i Jana nie jest w stanie wypełnić tej samotności. Odrzucenie przez ludzi osiąga w tym momencie swój szczyt. Jego miłość ku człowiekowi została odepchnięta i podeptana. Nikt na nią nie odpowiedział. Świat odwrócił się z pogardą od tego shańbionego skazańca...

To prawda - była pod krzyżem Maryja, był Jan. Ale mnie zabrakło. Zabrakło mojej miłości. A Jezus pragnie. Pragnie bym był, bym był blisko. Bym przyjął ciepło Jego miłości i dopełnił je ciepłem swojej. Pragnie widzieć moją radość, moje szczęście, pragnie je dzielić ze mną. Lecz mnie nie ma pod krzyżem. Zaszyłem się w mojej samotności i boję się z niej wyjść, choć tyle razy przychodzi mi w niej cierpieć to samo pragnienie, które teraz przeżywa Jezus: pragnienie zwykłej obecności drugiego człowieka, pragnienie zwykłej ludzkiej miłości...

Hańba złamała moje serce i sił mi zabrakło, na współczującego czekałem, ale go nie było, i na pocieszających, lecz ich nie znalazłem. Dali mi jako pokarm truciznę, a gdy byłem spragniony, poili mnie octem. Bóg odpowiedział na Jezusowy krzyk samotności. Człowiek - nawet go dobrze nie zrozumiał. Odpowiedział octem - zepsutym winem - zamiast miłością.

6. Wykonało się (J 19,30)

A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: Wykonało się! Tak, teraz już wszystko się wykonało. Przeszedł przez wszystkie ludzkie doświadczenia, stał się człowiekiem we wszystkim co ludzkie, co najbardziej boleśnie ludzkie. Doświadczył zimna i gorąca, głodu i pragnienia, samotności i zmęczenia przebywaniem wśród tłumów. Radował się i ucztował, płakał po śmierci przyjaciela. Doświadczył przyjaźni i zdrady przyjaciół; przeżył dni chwały, kiedy chciano Go obwołać królem i momenty krańcowego odrzucenia i pogardy. Choć pozostał bez grzechu, dotknęły Go skutki wszystkich grzechów świata, całe cierpienie, które płynie z nieprawości człowieka. Będąc tak blisko Boga, jak nikt z ludzi, przeżył najbardziej rozdzierające doświadczenie Jego oddalenia, Jego milczenia. Będąc tak blisko ludzi, jak tylko Bóg być może, przeżył całkowite odrzucenie, odepchnięcie miłości, absolutną samotność.

Wykonało się.

Tak, teraz już wszystko się wykonało. Całe zło, które dotąd uderzało w świat, Jezus przyjął jako jedno potworne uderzenie w swoje własne serce. Zgasił swoją krwią płomień nienawiści, gniewu, kłamstwa i na niszczącą nienawiść świata odpowiedział przebaczeniem. Całkowitym i bezwarunkowym. Odpowiedział miłością. Szatan wyczerpał już wszystkie możliwości i pozostał bezsilny. Stracił ostatecznie panowanie nad ludzkimi sercami - odtąd już tylko miotać się będzie pałając wielkim gniewem, świadom, że dni jego zostały policzone, a człowiek, przygarnięty przez Boga, nie stanie się już nigdy jego ofiarą .

Wykonało się.

Tak, teraz już wszystko się wykonało. Odtąd mogę porzucić wszelki lęk: jestem w dłoni Boga, zostałem wykupiony od śmierci drogocenną krwią Jezusa. Każdy moment mojego życia, każde doświadczenie nabiera sensu w tej chwili: oto Bóg umiera z miłości do mnie. I gdybym był jedynym człowiekiem na świecie, to wszystko, co się wykonało, wykonałoby się tak samo - dla mnie jednego. Cóż mnie zdoła odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, niebezpieczeństwo, głód czy lęk? I gdyby nawet moje grzechy były jeszcze stokroć cięższe, niż są w istocie, gdyby nawet ich skukti były jeszcze tysiąckroć gorsze - nic już mnie nie zdoła odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie, Panu moim. Bo On dla mnie uczynił się słabym, wzgardzonym, zbitym, sponiewieranym. Stał się niczym wobec świata, abym ja w moim grzechu, w moim zagubieniu, w moim lęku, mógł poczuć, że nie jestem pozostawiony samemu sobie, że nie jestem porzucony. Że jestem miłowany.

Wykonało się. Dla mnie.

7. Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego (Łk 23,46)

Pozostało już tylko jedno ludzkie doświadczenie, w którym Jezus miał się zanurzyć: śmierć. Śmierć, która aż do tej chwili była końcem wszystkiego, najstraszniejszym mrokiem, w jaki człowiek może się zanurzyć. Koniec. Bez możliwości ucieczki, bez możliwości przetrwania. Bez nadziei. Kres wszelkiego dobra, rozerwanie wszelkich więzów, kres miłości. Królestwo szatana.

Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Cały wszechświat pogrąża się w mroku, jakby towarzysząc Jezusowi w tych ostatnich chwilach. Zasłona, która okrywała wejście do miejsca przebywania Boga w świątyni jerozolimskiej rozdziera się ukazując puste wnętrze: "Wasz Bóg właśnie umiera przybity do krzyża waszymi rękami". Jezus schodzi w otchłań śmierci.

Wtedy zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego.

Tyleż już razy otchłań śmierci otwierała się, by pochłonąć kolejną swoją ofiarę: kolejnego człowieka przygniecionego swymi grzechami, swą bezradnością, swą nienawiścią. Tyleż już ludzi stoczyło się w tę otchłań na próżno próbując się jej oprzeć. Lecz ta jedna śmierć będzie nie będzie taka jak inne. Ta jedna śmierć stanie się samobójstwem śmierci. Bo przecież nic nie może rozerwać więzów miłości Syna i Ojca. Nic nie może postawić zapory miłości sprawiającej, iż Ojciec i Syn stanowią jedno. Oto w samym przedsionku śmierci Jezus przywołuje Ojca słowami Psalmu 31: Panie, do Ciebie się uciekam, niech nigdy nie doznam zawodu; wybaw mnie w Twojej sprawiedliwości! Skłoń ku mnie ucho, pośpiesz, aby mnie ocalić. Bądź dla mnie skałą mocną, warownią, aby mnie ocalić. Ty bowiem jesteś dla mnie skałą i twierdzą; przez wzgląd na imię Twoje kieruj mną i prowadź mnie! Wydobądź mnie z sieci zastawionej na mnie, bo Ty jesteś moją ucieczką. W ręce Twoje powierzam ducha mojego: Ty mnie wybawiłeś, Panie, Boże wierny!

Po tych słowach wyzionął ducha.

I oto w śmierci, która dotąd zamykała drogę wszelkim więzom, wszelkiej miłości, następuje spotkanie miłości Ojca i Syna. Oto w samo centrum śmierci zstępuje Źródło Życia. Ciemność nie może przezwyciężyć światłości: tam gdzie pojawia się światło, ciemność musi ustąpić. Od tej chwili także śmierć nie może już przezwyciężyć Życia. Musi ustąpić wobec Miłości Ojca i Syna. Musi ustąpić i już nigdy nie odzyska swojej dawnej mocy. Bo to spotkanie Ojca i Syna jest jednocześnie spotkaniem Boga z całą ludzkością. Odtąd każdy człowiek uzyskuje w Jezusie przystęp do Ojca. Odtąd każdy człowiek ma życie. I może wołać:

W ręce Twoje powierzam ducha mojego: Ty mnie wybawiłeś, Panie, Boże wierny!

Komentuj na Facebooku

zamknij
Ten serwis, podobnie jak większość stron internetowych wykorzystuje pliki cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. | Polityka cookies