Grzegorz Strzelczyk, ks.



bieżące informacje

A A A

Boże Ciało: o co chodzi z tym przeistoczeniem?

tekst opublikowany: Gość Niedzielny 23(2004), 14-15, wersja bez poprawek redakcyjnych
„Przeistoczenie” to chyba jedno z tych słów, które kołaczą się nam po głowach jako dalekie echo katechizmowego nauczania. Kontekst Uroczystości Bożego Ciała daje nam dobrą okazję, by zastanowić się nieco nad jego znaczeniem.

Początki

Historia Uroczystości Bożego Ciała sięga średniowiecza: zostało ustanowione przez papieża Urbana IV w 1264 roku pod wpływem objawień błogosławionej Julianny z Cornillon i powoli rozprzestrzeniło się na cały Kościół. Procesja z Najświętszym Sakramentem, która dla nas jest nieodłącznym znakiem tego święta, została wprowadzona jeszcze później – w Polsce mniej więcej w XV wieku.

Jednak by zrozumieć rzeczywiste powody i znaczenie ustanowienia uroczystości Bożego Ciała należy spojrzeć nieco poza te wydarzenia. Otóż w wiekach XII i XIII w Kościele katolickim ogromnie rozrosła się pobożność Eucharystyczna. Wszelkie formy kultu Jezusa Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie stały się niezwykle popularne – zresztą wiele właśnie wtedy powstało. Jakie były przyczyny tej fali pobożności? Śmiało chyba możemy stwierdzić, że najważniejszą było pogłębienie świadomości tego, czym jest Eucharystia, a szczególnie, że poprzez przeistoczenie chleb i wino stają się w niej prawdziwie Ciałem i Krwią Jezusa Chrystusa i tym samym On, Bóg-Człowiek sam staje się rzeczywiście obecny pośród swego ludu.

Czyżby zatem wcześniej nie było w Kościele tej świadomości? Przecież Eucharystia sprawowana była przez chrześcijan od samego początku… Jeśli jednak przyjrzymy się historii Kościoła, nietrudno będzie nam zauważyć, że do pogłębienia świadomości znaczenia wielu prawd wiary przyczyniło się ich… odrzucanie przez kogoś. Ilekroć ktoś zaczynał głosić naukę, która różniła się lub wręcz zaprzeczała tradycyjnemu rozumieniu wiary, chrześcijanie musieli podejmować wysiłek rozeznania: czy chodzi tylko o nowy język i nową interpretację tradycji, czy też o błąd (herezję), który wypacza wiarę Kościoła. Tak też było w przypadku Eucharystii.

Bardzo krótka historia pewnej herezji

Musimy zatem cofnąć się jeszcze nieco w czasie. Oto mniej więcej w połowie XI wieku niejaki Berengariusz z Tours, archidiakon tamtejszego Kościoła, zaczął nauczać, iż chleb i wino w trakcie Mszy pozostają w zasadzie tym, czym były, nie ulegają żadnej istotnej przemianie, a tylko stają się szczególnymi symbolami Ciała i Krwi Chrystusa. Reakcja na to nauczanie była natychmiastowa – w czasie kolejnych synodów biskupi przypominali tradycyjną naukę o rzeczywistej przemianie chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa. Sam Berengariusz kilkakrotnie odwoływał swoje poglądy, by potem na nowo do nich powracać – taka zabawa w kotka i myszkę trwała ponad 30 lat. Trzeba pamiętać, że był to okres w którym we Francji odżywały dalekie odpryski manicheizmu, religii powstałej w III wieku, która głosiła (między innymi i w dużym uproszczeniu), że wszystko co materialne jest nieodwracalnie złe. Dlatego niektóre elementy nauczania Berengariusza – z tego co wiemy wbrew jego własnym intencjom – napotykały na podatny grunt w kręgach dotkniętych manicheizmem: pozwalały bowiem na oderwanie Eucharystii od materii i przeniesienie całej jej wartości i skuteczności na płaszczyznę czysto duchową.

Na czym jednak właściwie polegał problem? Otóż sam Berengariusz, jak i inni teologowie starali się wówczas wyjaśnić co właściwie dzieje się z chlebem i winem w czasie Eucharystii. Tradycja mówiła, że stają się one Ciałem i Krwią Chrystusa. Ale co należy w tym przypadku rozumieć przez „stają się”? Możliwości były dwie: albo przyjmiemy, że chodzi o czynność tylko symboliczną, w której z chlebem i winem nic się nie dzieje, albo że dokonuje się przemiana „materialna” chleba i wina w Ciało i Krew Jezusa. Drugie rozwiązanie było zdecydowanie trudniejsze – zarówno dla wiary, jak dla duszpasterstwa (trzeba bowiem było unikać wszelkich interpretacji, które widziałyby w Eucharystii wręcz jakąś formę magii ) i teologii (konieczność wyjaśnienia jak możliwa jest taka przemiana). Trudno się zatem dziwić, że niektórzy – jak Berengariusz – próbowali pójść prostszą drogą, utrzymując, że wszystko dokonuje się w sferze symbolicznej i duchowej.

„Przeistoczenie”

Oczywiście Kościół tą drogą pójść nie mógł: słowa Jezusa „to jest Ciało moje”, „to jest Krew moja” nie pozwalały na symboliczną interpretację. Symbol zresztą nie może nas zbawić – jesteśmy zbawieni przez zjednoczenie z Chrystusem. A do zjednoczenia konieczna jest prawdziwa obecność. Poglądy Berengariusza zostały zatem odrzucone, a Kościół przyjął, iż w Eucharystii dokonuje się rzeczywista przemiana chleba i wina w Ciało i Krew Jezusa Chrystusa, mimo, iż ani wygląd, ani skład chemiczny chleba i wina nie podlega jakiejkolwiek zmianie. Ten szczególny typ przemiany nazwany został „przeistoczeniem”, czyli „przemianą istoty”.

Dziś nieco trudniej nam zrozumieć o co idzie, bo podstawą dla tego pojęcia są idee średniowiecznej filozofii. Spróbujmy jednak. Otóż przez „istotę” rozumiemy to, co w danej rzeczy decyduje o tym, czym ona jest, stanowi o jej tożsamości i niepowtarzalności. Co ciekawe – na co dzień mamy do czynienia z procesem odwrotnym do przeistoczenia: istota nie ulega zmianie, zmieniają się natomiast wygląd skład chemiczny itd. Wystarczy pomyśleć o nas samych. Wyglądamy teraz zupełnie inaczej i składamy się z innych atomów, niż kiedy mieliśmy roczek. Niektórym z nas pewnie nawet trudno się rozpoznać na zdjęciach z dzieciństwa. A jednak nie ulega wątpliwości, że jesteśmy tymi samymi osobami! Właśnie to, co decyduje w nas o ciągłości naszej tożsamości nazywamy istotą. Istota nie ulega zmianie w danej rzeczy, bo gdyby tak się stało nie byłaby ona już tą samą rzeczą. Natomiast inne cechy są zmienne.

I tu dochodzimy do sedna: w Eucharystii następuje taka przemiana chleba i wina, w której ich istoty zostają zastąpione istotą Ciała i Krwi Jezusa Chrystusa. Pozostają niezmienione jedynie zewnętrzne, drugorzędne cechy – kształt, barwa, smak. Ale nie ma już istoty chleba, ani istoty wina – ciągłość ich tożsamości została przerwana. Po „przeistoczeniu” to, co wygląda i smakuje jak chleb, jest już i pozostaje prawdziwym Ciałem Jezusa, a to, co wygląda i smakuje jak wino – Jego krwią.

Interpretacja ta może nie należy do najprostszych, ale ma tę zaletę, że z jednej strony pozwala zachować tradycyjne, dosłowne rozumienie słów Jezusa „to jest Ciało moje…”, a z drugiej pozwala nam sobie wyrobić jakieś pojęcie o tym, jak to jest możliwe. Jednak i to wyjaśnienie niczym jest bez wiary – bo ostatecznie to tylko ona pozwala rozpoznać Chrystusa przychodzącego do nas w swoim Ciele i Krwi. I tylko ona prowadzi do prawdziwego zjednoczenia z Nim w Eucharystii.

Komentuj na Facebooku

Ten serwis, podobnie jak większość stron internetowych wykorzystuje pliki cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. | Polityka cookies